Archiwum dla luty 2008




O Nim część pierwsza.

Nigdy nie jestem sama. Odkąd nauczyłam się jak wsłuchać się w Jego głos. Nigdy mnie nie opuszcza. Mój Cień. Mój Duch Opiekun.

Właściwie rzadko zdarza Mu się przemówić, zazwyczaj szepcze coś pod nosem – nieustannie słyszę dźwięk, podobny do szelestu liści poruszanych przez wiatr. Udało mi się do tego przyzwyczaić. Poza tym, wyczuwam jego obecność. Zazwyczaj stoi blisko mnie –Jego oddech owiewa mój kark. Czasami, gdy chce mnie pocieszyć, delikatnie zaciska dłonie na moich ramionach. Czuję to wyraźnie – przebijające się przez ubranie ciepło.

Raz na jakiś czas szept staje się wyraźniejszy. W takich momentach muszę skoncentrować się na tym, co chce mi przekazać. Słowa często są niewyraźne i nawet najcichszy dźwięk może przeszkodzić mi w zrozumieniu Go. Nie ma oczywiście mowy, żeby udało mi się usłyszeć go będąc na dworze, blisko ruchliwej ulicy, na uczelni czy też w pracy. Wtedy czasami zdarza mu się zniknąć. W pewnej chwili po prostu tracę poczucie bliskości, szept cichnie zastąpiony przez gwar miasta. Na początku bałam się, że znowu będę sama. Jednak On zawsze wraca.

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Puste mieszkanie, rodzice wyjechali. Upragniona samotność. Wczesnym rankiem szykuję się do snu – wokół panuje wówczas cudowna, idealna cisza. Z początku pomyślałam, że szumi mi w uszach ze zmęczenia – ciało, któremu złośliwie nie dostarczamy chociażby minimalnej porcji snu zaczyna wariować. Szept jednak stawał się coraz głośniejszy i wkrótce wypełnił moją czaszkę głosami. Krzykami. Śmiechem i płaczem. Przerażona skuliłam się w łóżku, narzuciwszy kołdrę na głowę starałam się zagłuszyć irytujący hałas. Nie pomogło. Płakałam, krzyczałam, błagałam… Próbowałam nawet modlić się do Boga, którego dotychczas raczej unikałam. Sen nie nadchodził, wciąż słyszałam głosy, nielogiczne kłębowisko myśli… Chwileczkę… To nie jest całkiem pozbawione sensu. Zaczynam wychwytywać pojedyncze, powtarzające się najczęściej słowa:

spokojnie…

bezpieczna…

razem…

na zawsze…

wpuść mnie…

bezpieczna…

razem…

razem…

Przestałam walczyć, przestałam się opierać. Głosy powoli cichły, znikały z mojej głowy. Powtarzało się tylko jedno słowo:

razem…

razem…

razem…

Zadziałało niczym kołysanka. Powoli zapadałam w sen a ostatnim słowem, które usłyszałam było:

dziękuję…

Przez kilka tygodni chodziłam jak w transie. Przeszkadzał mi nieustanny hałas. Przechodziły mnie dreszcze gdy tylko udało mi się Go zrozumieć. Gdy w szumie udawało mi się wychwycić poszczególne słowa. Z początku były to tylko drobne wskazówki. Najczęściej, gdy zastanawiałam się, jak powinnam postąpić:

Dobrze…

Źle…

Tak…

Nie…

To było męczące i zaczęłam się zastanawiać jak wyrzucić Go z mojej głowy. Ku mojemu przerażeniu oświadczył mi kiedyś:

na zawsze…

8 komentarzy luty 26, 2008

Do trzech razy sztuka…

Po wielu tygodniach pisarskiej posuchy przyszła kolej na kolejny odcinek z serii “Ri nie ma co ze sobą zrobić, więc próbuje pisać”. To fakt. Kochany Drag, zwany niekiedy Marcinem, powiedział (a właściwie napisał) mi ostatnio, że świetnie mi idzie pisanie. A wszystko przez głupie opowiadanie napisane na jeden z tych serwerów MMORPG, które powinny być kulturalne i klimatyczne. No cóż, nie przeczę, że to, co udało mi się stworzyć, wyszło całkiem nieźle. Jednak wciąż daleko mi do Mistrzów…. A przynajmniej moich ideałów. Od ludzi, którzy pisaniem nie tylko zarabiają na życie, ale sprawiają, że słowo jawi się w moich oczach jako obraz. Zdania układają się w ciąg zdarzeń, wizualizowanych przez mój umysł. To jest uczucie, które kocham i którego nie zamieniłabym na nic na świecie. Patrzeć na ciągi symboli, które przecież mogą nic nie znaczyć dla kogoś kto nie widział na oczy alfabetu łacińskiego. Kilka prostych słów i w myślach jawi mi się postać – począwszy od prostych cech wyglądu aż do postawy, zachowań i charakteru. Bo literatura, to potęga. Jedna z najwspanialszych dziedzin sztuki. Tak wiec próbuję pisać. Czasami słowa same układają się w rozsądne szeregi, które moje dłonie potrafią po wielu latach praktyki dość szybko ‘wystukać’ na klawiaturze. Jednak ile bym się nie starała, ile nocy nie poświęciłabym na wysilanie wyobraźni, nie potrafię wykreować czegoś, co zachwyci czytelnika. Mam głowę pełną pomysłów na historie, których nie potrafię zapisać. To przekleństwo. Stworzeni przeze mnie bohaterowie nigdy nie zasmakują prawdziwego życia. Nigdy nikt o nich nie usłyszy, gdyż brak mi talentu, aby opisać to, co wytwarza bóg zwany wyobraźnią. Modlę się do dobrych duchów, rodzeństwa, których imiona brzmią Wena oraz Ochota. Jednak, co jest typowe dla części artystów, Wena odwiedza mnie gdy towarzyszy mi Alkohol. Ochota jednak unika mnie jak ogień unika wody.

 Tak, muszę to przyznać. Jestem leniwa. Prawdziwe pisanie zmusza do wysiłku, na który nie potrafię się zdobyć. Tak jak i teraz, kiedy tyle chciałabym jeszcze przekazać, jednak dłonie robią się ciężkie a umysł nie chce tworzyć sensownych zdań. Kończę więc mój dzisiejszy mini-wykład z nadzieją, że Ochota odwiedzi mnie kiedyś i nie zapomni przyprowadzić ze sobą Natchnienia. Może dane mi nawet będzie stworzyć coś wielkiego.

2 komentarzy luty 7, 2008

Strony

Kategorie

Odnośniki

Meta

Kalendarz

luty 2008
P W Ś C P S N
« paź    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
2526272829  

Posts by Month

Posts by Category